Rozdział V

Stary las pod Wielgolasem

Po dojechaniu na miejsce i wyłączeniu silnika, uderzyła mnie wszechobecna cisza. Tak głęboka i przejmująca, że aż dzwoniła w uszach. Słońce było już wysoko i malowało na horyzoncie soczyste odcięcie pomiędzy zielenią a błękitem. Gdzieniegdzie wkradały się w ten pejzaż ciepło żółte połacie dopiero co skoszonego zboża. Ucieszył mnie ten widok, bo zanim dojechałem na miejsce, właściwie do ostatniej chwili, nie miałem pewności czy zastanę tu teren dostępny do poszukiwań. Tymczasem, chociaż był to początek sierpnia, to wiele pól było już skoszonych a nawet przeoranych. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszych okoliczności do poszukiwań. 

Pierwsze ruchy sondą nad ziemią wydały w słuchawce kakofonię rozmaitych dźwięków. Dziwne, bo wykrywacz przecież dostroiłem w taki sposób, aby reagował na meteoryt, a omijał kamienie magnetyczne i stopy żelaza ziemskiego. Kiedy konfigurowałem go w domowych warunkach, wykorzystałem do tego celu zarówno zakupiony okaz prawdziwego małego chondrytu, jak i kamienie magnetyczne przywiezione wcześniej z Moraska. Za pomocą dyskryminacji wybiórczej wyciąłem wszystko co było sygnalizowane w innym zakresie niż testowany chondryt. Narzekałem nieco na zasięg, który wydał mi się niewielki, ale co do ID byłem raczej spokojny. Po zjechaniu z balansem gruntu do minimum i wyłączeniu sygnalizacji obiektów niepożądanych, mój Equinox dosyć stabilnie sygnalizował meteoryt we wskazanym zakresie. 

Niestety charakterystyka kamieni magnetycznych które zastałem w południowej części elipsy była wyjątkowo kłopotliwa. Przy niemal każdym machnięciu sondą nad gruntem, pojawiał się dźwięk, który miał sygnalizować meteoryt. Pochodził on jednak od kamieni magnetycznych, których w tej okolicy było bardzo dużo. Równie często były to zakłócenia wynikające z nadmiernego wzbudzania się wykrywacza. Zredukowanie czułości w pewnym stopniu rozwiązywało ten problem, ale jednocześnie zmniejszało zasięg urządzenia do nieakceptowalnych wartości. Wtedy po raz pierwszy tego dnia, uświadomiłem sobie jak trudno będzie cokolwiek w ten sposób znaleźć. Z drugiej strony, szukając pozytywów tej sytuacji, pomyślałem że jeżeli ktoś inny próbował tu swoich sił, to pewnie szybko się zniechęcił i odpuścił. A to może oznaczać, że w ziemi zalega relatywnie sporo drobnych meteorytów, które w tej okolicy spadały z dużą intensywnością.

Teren wybrałem nieprzypadkowo. Analizując elipsę rozrzutu oraz stare mapy z XIX wieku, zauważyłem że w południowej części znajduje się obszar, gdzie odnotowano spadek dużej ilości małych meteorytów, określanych jako “groch pułtuski”. W roku 1868, kiedy bolid przeszył niebo nad Polską i rozsypał tutaj fragmenty kosmicznej skały, teren ten porastał las. Groch pułtuski o średnicy jednego do trzech centymetrów powpadał więc w mało dostępne miejsca, gdzie trudno było go dostrzec i zebrać. Okoliczni mieszkańcy skoncentrowali się zapewne na zbieraniu nieco większych fragmentów tego meteorytu, które spadły na północ w stronę Narwii i w bardziej dostępnych wtedy miejscach. Zimą tamtego roku, małe kawałki gorącej kosmicznej materii powpadały pomiędzy liście i gałęzie, ukrywając się w poszyciu leśnym. Wiele lat później las został wykarczowany i zamieniony w pola uprawne. Ziemia zawierająca te małe meteoryty była wielokrotnie przewracana przez pługi, aż w końcu w czasach nam bliskich, poszukiwacze tacy jak ja, być może wpadli na ten sam pomysł, aby szukając tutaj, wydobyć je na światło dzienne. A może jestem pierwszym który próbuje swoich sił dokładnie w tym miejscu? W każdym razie uznałem, że taka taktyka może przynieść dobre efekty i sprawdzić się lepiej niż szukanie w centrum elipsy, gdzie wiem, że szukało już wielu. Zarówno ówcześnie, zaraz po spadku i za pomocą jedynie wzroku, jak i współcześnie z wykorzystaniem nowoczesnych urządzeń detekcyjnych.

Pomimo trudności związanych z nieoczekiwanym, mało stabilnym działaniem mojego wykrywacza, klimat poszukiwań rysował się bajecznie. Być może dlatego, że w tak malowniczym miejscu nie sposób jest nie zachwycić się samym otoczeniem. Zwłaszcza jeżeli jest się takim mieszczuchem jak ja. Z tego miejsca, jak okiem sięgnąć i w którąkolwiek stronę nie spojrzeć, nie dało się dostrzec żywej duszy. Żadnych samochodów, dróg, słupów energetycznych, ani nawet odległych zabudowań. Po jednej stronie ściana drzew, zlewająca się kolorystycznie z niedawno skoszoną łąką. Po drugiej charakterystycznie zarośnięte koryto małego cieku wodnego, chyba już całkiem wysuszonego przez letnie słońce. Za nim las. Gęsty i dziki, skrywający przed wzrokiem swoje wnętrze. Na wprost przestrzeń tak otwarta, że mogąca wprawić w zawrót głowy, poprzecinana sierpniowymi kolorami pól, na przemian: brunatnych, żółtych i ciemno zielonych. Zachwycając się tym widokiem, szedłem przed siebie w kierunku orientacyjnej osi elipsy i starałem się uchwycić miejsca, które widziałem na historycznych mapach. Trochę pomagał mi w tym widok satelitarny na smartfonie, trochę też ukształtowanie terenu. Szedłem długo, ale wcale mi się nie dłużyło, zwłaszcza że wykrywacz co kilka kroków sygnalizował mi kolejne obiekty warte sprawdzenia. Większość z nich już na pierwszy rzut oka zdradzała swoje ziemskie pochodzenie więc coraz sprawniej je pomijałem i szukałem czegoś bardziej meteorytopodobnego. Niestety nic nie pasowało. Pomimo korekty balansu gruntu i czułości wykrywacza oraz prób przestawiania go na inne częstotliwości, kakofonia dźwięków nie ustępowała, a do mnie coraz dobitniej docierało, że Minelab Equinox słabo ogarnia ten temat. 

Po przejściu kilkuset metrów a może nawet kilometra, straciłem w końcu z oczu samochód i znalazłem się w miejscu, które wyznaczyłem sobie jako docelowe dla dzisiejszych poszukiwań. To właśnie tutaj, przeszło 150 lat temu rósł las, a dzisiaj rozpościera się otwarta i dostępna do poszukiwań przestrzeń. Szło mi kiepsko. Żar lał się z nieba a wykrywacz, miałem wrażenie, że coraz bardziej wariuje. Co dwa lub trzy kroki odzywał się na kolejnych kamieniach magnetycznych, których nawet nie sprawdzałem dokładniej bo już po rozmiarze widziałem, że nie są to bryły wielkości minimeteorytów, jakie pierwsi zbieracze podnosili tutaj w 1868 roku. Inne wyraźnie nie odpowiadały kształtem lub kolorem. Za to ziemia była nimi coraz gęściej usłana, aż w końcu zorientowałem się, że wykrywacz komunikuje się ze mną bez ładu i składu, a ja zaczynam być przez to kompletnie ślepy. Zatrzymałem się i usiadłem na wyschniętej od słońca glebie, aby napić się wody i pomyśleć co dalej. Z braku lepszego pomysłu uznałem, że skoro tych kamieni jest tutaj tak dużo, to może bardziej sensowna będzie ich wzrokowa ocena. 

Meteoryty są dosyć charakterystyczne, zwłaszcza te znajdowane w elipsie pułtuskiej. Z uwagi na działanie skrajnie wysokiej temperatury, wywołanej wejściem w atmosferę ziemską, mają raczej obły kształt i typową dla nich czarno-rudą skorupę obtopieniową. Ziemskich kamyków odpowiadających takiemu rysopisowi było tutaj jak na lekarstwo więc szukanie wzrokowe okazało się sensowniejsze niż słuchanie klekoczącego bez sensu wykrywacza. Dlatego też, zamiast jak wcześniej, szukać miejsc gdzie kamieni jest mniej, zacząłem się kierować tam gdzie można było znaleźć ich najwięcej. Istnym eldorado pod tym względem okazała się miedza, zlokalizowana na skraju jednego z pól. Przebierałem co ciekawsze kamyki i sprawdzałem neodymem ich magnetyczność. Jeżeli któryś z nich był odpowiednio mocno przyciągany przez magnes, przechodził do etapu drugiego czyli sprawdzenia ID na wykrywaczu. Nawet mi się ta zabawa spodobała. Wkręciłem się w nią na dobre kilkadziesiąt minut i zupełnie w niej zapomniałem. Do tego stopnia, że zaskoczył mnie widok, który dostrzegłem kątem oka. 

Spojrzałem przez ramię i zorientowałem się, że w moją stronę zmierza jakiś gość (a może raczej gospodarz) na quadzie. Pruł ile fabryka dała, zostawiając za sobą wielki tuman kurzu. W tym momencie uświadomiłem sobie, że miedza przy której jestem, znajduje się spory kawałek dalej od pól, na które pierwotnie udało mi się uzyskać zgodę na wejście. Sytuacja zrobiła się więc nieco niezręczna, zwłaszcza że nasze spojrzenia zdążyły się już spotkać gdzieś w połowie odległości. Odłożyłem wykrywacz i ruszyłem wolnym krokiem na przywitanie, machając przy tym ręką (co w uniwersalnym języku obcych sobie ludzi oznacza, że mam dobre zamiary i tego samego oczekuję od drugiej strony). Młody człowiek podjechał do mnie, uśmiechnął się szeroko i zgasił silnik. Z mimiki twarzy i mowy ciała odczytałem błyskawicznie, że najprawdopodobniej jest to właściciel tego terenu oraz że czuje się na wpół zaciekawiony i na wpół speszony. Podałem więc rękę i zapytałem czy nie sprawiam kłopotu, na co on szybko odparł że absolutnie nie.

 – Da się tu coś znaleźć? – zapytał, spoglądając na wykrywacz.

Wyjaśniłem w kilku zdaniach, że szukam meteorytów, ale ta historia wydała mu się tak abstrakcyjna, że początkowo nie dał jej wiary. Raczej spodziewał się że szukam złota, srebra lub innych ziemskich skarbów. Wyraźnie spoważniał dopiero kiedy wyjąłem z kieszeni kilka znalezionych wcześniej ciemniejszych kamyków i pokazałem, że są sygnalizowane na wykrywaczu inaczej niż inne w tej okolicy, co oznacza że są warte dokładniejszego sprawdzenia. Kiedy zacząłem opowiadać o wydarzeniach z 1868 roku, kolega szybko się w tym temacie odnalazł i wyjaśnił mi, że owszem, zna tę historię, ale meteoryty znajdowano dużo dalej na północ, pod Rzewniami. Tym sposobem od słowa do słowa, z rozmowy która wydawała się początkowo kompletnie abstrakcyjna dla nas obu, doszliśmy do bardzo interesującego punktu w którym zaczęliśmy dywagować na temat długości elipsy rozrzutu meteorytu pułtuskiego. Kolega dużo słuchał i dużo mówił, a ja mu wtedy nie przerywałem bo opowiadał interesujące rzeczy o okolicy. Na przykład to, że miejsce w którym stoimy, zgodnie z moimi wcześniejszymi analizami, było jeszcze kilkadziesiąt lat temu porośnięte lasem. Następnie las wykarczowano i zamieniono w pola uprawne, które wcześniej uprawiał jego dziadek, a teraz zajmują się nimi on z ojcem. Co więcej, dowiedziałem się, że nigdy wcześniej nie widziano tu nikogo z wykrywaczem. A przynajmniej ten konkretny kolega, na tym konkretnym polu, nikogo tutaj z wykrywaczem nie widział. Może to oznaczać dwie rzeczy. Po pierwsze, możliwe że nikt nie wpadł na pomysł aby szukać właśnie tutaj, dzięki czemu szansa znalezienia grochu pułtuskiego jest tu większa. Albo, co bardziej prawdopodobne, każdy kto próbował tutaj wejść z wykrywaczem, szybko orientował się jak trudny jest ten teren i rezygnował. To również oznaczałoby, że moje szanse rosną. Przynajmniej teoretycznie, bo dotychczasowa praktyka jasno pokazała, że nie ma co się tutaj spodziewać szybkich rezultatów. Rozmawiało się przyjemnie, ale każdy z nas miał robotę do wykonania więc ja zacząłem z powrotem przeglądać kamienie i przemiatać nad nimi sondą, a kolega zajął się badaniem próbek gleby, bo takie miał tego dnia zadanie. Podziękowałem jeszcze raz za możliwość szukania na ich terenie i za interesującą rozmowę. A w myślach też za to, że mam umowną zgodę, na kolejny duży teren zlokalizowany blisko głównej osi elipsy.

Wracając do auta rozmyślałem o sprzęcie, który ewidentnie się dzisiaj nie spisał. Na Morasku prezentował dostateczną głębokość i przejrzystość toru audio, natomiast tutaj był ślepy jak stara kura. Ale nawet starej i ślepej kurze potrafi się czasem trafić jakieś ziarno. Zagdakał więc ponownie, a ja od niechcenia sprawdziłem czy znowu mu się coś pomyliło, czy może tym razem namierzył właściwy cel. Kolejne ruchy sondą nad wskazanym miejscem potwierdziły, że jest to jeszcze jeden sygnał warty kopania. Wydobyłem na światło dziennie nieco kostropatą, ale zwartą i solidną grudkę, która nie tylko przedstawiała się jako meteoryt na wykrywaczu, ale też była ciężka i należycie przyciągana przez magnes. Tylko ten kształt… Kompletnie niepodobny do grochu pułtuskiego, który oglądałem na zdjęciach pochodzących ze zbiorów muzealnych. Raptem dwa kroki dalej namierzyłem kolejny sygnał i wykopałem drugą bardzo podobną bryłkę, równie kostropatą jak ta pierwsza. Oba te kawałki, gdyby zostały znalezione na Morasku pod Poznaniem, idealnie imitowałyby tamtejsze szrapnele meteorytowe. Nawet Andrzej, który obejrzał wysłane mu zdjęcia, przyznał że wyglądają jak typowe “moraska”. Ale znalazłem je w elipsie pułtuskiej, a nie morskiej więc trzeba pamiętać, że oba te meteoryty wyglądają zupełnie inaczej. Głównie z tego względu, że Pułtusk jest chondrytem a Morasko oktaedrytem. Z drugiej strony, jeśli podobieństwo do Moraska jest uderzające i jeżeli istnieje chociaż skrajnie mały promil szansy na to, że trzymam w rękach materię pochodzenia kosmicznego, to warto nie wyrzucać tego od razu do rowu. A nuż okaże się, że znalazłem niestandardowy fragment meteorytu pułtuskiego o nadzwyczaj wysokiej zawartości żelaza… Byłoby to nawet ciekawsze niż kolejny pełnowymiarowy, ale standardowy okaz. Oprócz tych dwóch, znalazłem jeszcze kilkanaście innych, ale już mniej spektakularnych bryłek żelaza i drobnych kamieni magnetycznych. Do żadnego z tych obiektów nie miałem za grosz przekonania więc na ostatnich metrach tej wycieczki pojawił się dosyć pesymistyczny nastrój. Chociaż nie szukałem winnych tego stanu, to jednak cała zła energia krążyła gdzieś wokół wykrywacza. Zastanawiałem się czy mój poprzedni Teknetics T2 byłby lepszy. A może warto przejść na któregoś Rutusa? Na przykład najnowszego Atrexa, którego tak zachwalał Astrokosmo? Trudno powiedzieć, skoro domowa konfiguracja sprzętu potrafi kompletnie nie zadziałać w terenie. Najlepszą opcją byłoby przetestowanie każdego z tych sprzętów w boju i to najlepiej na prawdziwych meteorytach pułtuskich, a nie jedynie kamieniach magnetycznych. A ponieważ jest to przedsięwzięcie skomplikowanie i wymagające pewnie kilku lat poświęcenia, to może jednak prościej posłuchać osób, które już przeszły spory kawałek tej drogi. Astrokosmo opowiadał w jednym ze swoich filmów, że pierwsze trzy lata poszukiwań dosłownie zmarnował z powodu źle ustawionego Minelaba. Dopiero później odkrył, że na tym konkretnym sprzęcie i ustawieniach, które wprowadził, nie miał szansy znalezienia meteorytu. Ja chyba jednak nie mam w sobie aż tyle cierpliwości więc pójdę na skróty i zmienię sprzęt na taki, o którym już wiadomo, że jest dostatecznie skuteczny. 

Po powrocie do domu zacząłem przeglądać oferty sprzedaży Atrexa. Szczerze mówiąc miało to być tylko wstępne rozeznanie, ale rozmowa ze sprzedawcą z jednego ze sklepów, niepostrzeżenie przeniosła nas z tematu technicznego na temat negocjacji cenowych. Tydzień później kurier przyniósł paczkę, a ja rozpakowałem sprzęt pachnący nowością. Jednak zanim przyszedł, miałem czas na przejrzenie moich mało nadziejnych zbiorów z okolic starego lasu.

Po dokładnym umyciu i obejrzeniu znalezisk, prawie wszystkie okazały się nietrafione. Jedynie te dwa, znalezione pod Pułtuskiem, szrapnele moraskie nie dawały mi spokoju. Nie byłbym sobą gdybym dokładniej ich nie sprawdził, chociaż wszelki rozsądek podpowiadał, że nie ma to większego sensu. Zastosowałem test na nikiel, którym do tej pory badałem meteoryty moraskie. Wynik analizy nie zaskoczył. Po usunięciu wierzchniej warstwy zwietrzeliny i potraktowaniu powierzchni dimetyloglioksymem, stop nie wykazał nawet śladowej zawartości niklu. Absolutnie nie były to więc odłamki meteorytowe. Teraz już nie na sto, ale nawet na dwieście procent! Jaki z tego wniosek? Sam nie wiem, ale na pewno nie warto szukać meteorytów moraskich pod Pułtuskiem. A drugi chyba taki, że nie wszystko co wygląda na meteoryt moraski, nawet gdyby zostało znalezione w jego właściwej elipsie spadku, faktycznie musi być meteorytem. Wygląda na to, że niektóre ziemskie śmieci potrafią pięknie imitować te kosmiczne. Dzisiaj jest to dla mnie już oczywiste, jednak wtedy była to całkiem nowa lekcja.

Powrót do miejsca, w którym sto lat temu szumiał stary las, był pełen nadziei. Głównie za sprawą nowego wykrywacza, który w moim pierwotnym wyobrażeniu miał zaoferować blisko stuprocentową skuteczność. I chociaż Atrex zdecydowanie różnił się od Equinoxa zarówno głębokością, stabilnością, jak i jakością identyfikacji, to jednak teren nie dawał za wygraną. Sygnały były zdecydowanie bardziej klarowne, jednak z uwagi na większy zasięg nowego sprzętu, zwiększyła się również liczba namierzanych kamieni magnetycznych. W przeciągu godziny wykopałem lub znalazłem leżących zupełnie na powierzchni, kilkanaście kamyków, których charakterystyka była zbliżona do meteorytowej. Większość z nich już na pierwszy rzut oka zdradzała swoje ziemskie pochodzenie, ale niektórym musiałem się mocniej przyjrzeć i dokładniej ocenić ich magnetyczność. Mniej więcej w drugiej godzinie tej wycieczki, wykrywacz ponownie zasygnalizował jakiś interesujący obiekt, tym razem zupełnie inny niż wszystkie pozostałe. Zatrzymałem się na chwilę aby obejrzeć go dokładnie. Kamyk miał wyjątkowo obłą formę, gładką powierzchnię i coś w rodzaju regmagliptów. Wyglądał tak, jakby wziąć prawdziwy meteoryt pułtuski i pięciokrotnie go pomniejszyć. Nie byłem w stanie wydedukować na miejscu nic więcej więc wrzuciłem go do torebki strunowej. 

Wyłączyłem wykrywacz aby zrobić krótką przerwę. Do najbliższego zagajnika, w którym można by było schować się przed słońcem, miałem dłuższą drogę. Dlatego poszedłem kawałek w drugą stronę i usiadłem na tej samej stercie kamyków, którą przeglądałem będąc tutaj ostatnim razem. Przegryzając Snickersa i popijając go Coca-Colą, delektowałem się nie tylko smakiem tej wyprawy, ale też otaczającym mnie zielonym pejzażem. Nieprzenikniona ściana pobliskiego lasu była zbudowana z drzew wysokich, średnich i niskich oraz krzewów i krzaków, rosnących u ich podnóża. W ten sposób stary las skutecznie skrywał swoje wnętrze i pozostawał dla mnie nieodgadniony. Mógłbym się założyć o każde pieniądze, że w tej zieleni kryje się jeszcze wiele małych kawałków kosmicznej materii. Zbyt drobnych aby ktokolwiek je dostrzegł i skutecznie wyzbierał w styczniowe mroźne dni roku 1868. Jednocześnie coraz mniej dostępnych w kolejnych latach, kiedy rok po roku przykrywała je coraz grubsza warstwa runa leśnego. Dzisiaj już kompletnie nieosiągalnych, nawet przy wykorzystaniu współczesnego sprzętu detekcyjnego.

Gdzieś z oddali dotarł do mnie znajomy warkot silnika i dostrzegłem tuman kurzu wzbijający się w powietrze. Niedawno zapoznany kolega, którego imienia niestety nigdy nie poznałem, przyjechał ponownie na wspólną niedzielną pogawędkę. 

– No i jak tam? Są meteoryty? – zapytał, uśmiechając się równie szeroko, jak poprzednim razem.
– Nieeeee, to nie takie proste, ale szanse rosną, bo próbuję dzisiaj z nowym sprzętem – odpowiedziałem, unosząc w górę sondę Atrexa.

Ucieszyło nas to nieplanowane spotkanie. Zaprezentowałem Atrexa i dzisiejsze znaleziska, z których szczególnie interesujący, przynajmniej dla mnie, był ten jeden obły kamyk z mikro regmagliptami. Rozmawialiśmy o spadku pułtuskim, następnie o agroturystyce w Wielgolasie, później o wpływie tegorocznej suszy na uprawy, a na koniec o rozmiarach wszechświata. Teraz już nie potrafię połączyć tych tematów żadnym logicznym schematem, ale wtedy jedno dosyć sensownie wynikało z drugiego. Kiedy doszliśmy do spraw związanych z uderzeniem asteroidy, która zapoczątkowała wymieranie dinozaurów, zatoczyliśmy tematyczne koło i wróciliśmy w ten sposób do Pułtuska. To był znak, że omówiliśmy wszystkie wspólne tematy, jakie tylko dwie nieznające się zbytnio osoby, mogą mieć ze sobą, kiedy przypadkowo spotkają się w słoneczne niedzielne popołudnie.

– A ile warty jest taki mały meteoryt? – dopytał na koniec.
– Niewiele… Takie coś ma wartość raczej kolekcjonerską. Może też trochę naukową. A finansowo… jakieś kilkaset złotych, nie więcej.
– A duży? Na przykład taki, co pod Rzewniami znajdowali?
– Duży więcej. Kilka, kilkanaście… nawet kilkadziesiąt tysięcy.
– Ile?! – zarówno oczy, jak i usta otworzyły mu się szerzej.
– No tak wychodzi. Na północ od Narwii spadały meteoryty o wadze dochodzącej do kilograma i większe. A rynkowa cena jednego grama pułtuska to dzisiaj około 40 zł. Kilogram razy czterdzieści to czterdzieści tysięcy.
– Dobra, to w razie czego dzielimy się po połowie! – uśmiechnął się łobuzersko, jakbyśmy właśnie dobili faktycznego targu.
– Nie ma sprawy! – palnąłem bez większego namysłu, zawierając w ten sposób naszą niepisaną umowę.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, że ta obietnica może mieć pewne daleko idące i niewygodne skutki. Z przymrużeniem oka oczywiście, ale jednak. W przypadku znalezienia meteorytu, nie planowałem go przecież sprzedawać, ani tym bardziej ciąć na pół. Dla zachowania czystego sumienia, wypadałoby więc teraz znaleźć dwa meteoryty, co jak widać po moich pierwszych próbach, raczej nie będzie prostym zadaniem. To dzielenie skóry na niedźwiedziu, chociaż zupełnie bezsensowne, poskutkowało całkiem realną zmianą kursu. Zupełnie nieświadomie, moje nogi skierowały mnie bowiem do miejsca, gdzie nasza dżentelmeńska umowa podziału łupów nie miała już mocy czyli na zupełnie inne pole.

Wykrywacz zaśpiewał znaną melodię, a ja wykopałem z ziemi rudą i obłą, ciężką, dobrze reagującą na magnes, bryłkę wielkości półtora na dwa centymetry. Wszystkie mniejsze i większe kamyki tutaj znajdowane, zarówno za pomocą wykrywacza, jak i organoleptycznie, miały typową ziemską kolorystykę. Ten jednak wyraźnie się od nich różnił więc błyskawicznie opanowała mnie lekka euforia. Zdjąłem rękawiczki, wyjąłem z plecaka wodę i obmyłem kamyk, aby lepiej przyjrzeć się jego fakturze. Po polaniu wodą zrobił się na chwilę czarno-czerwony, a następnie ponownie rudy. Pod każdym względem wyglądał bardzo podobnie do grochu pułtuskiego, którego zdjęcia oglądałem w sieci. Starając się zbytnio nie ekscytować i nie marnować czasu który mi pozostał, zapakowałem go do torebki strunowej i ruszyłem dalej. 

Żar lał się z nieba całymi wiadrami, a w mojej butelce z wodą wyschły ostatnie krople. Na domiar złego, kiedy zbliżyłem się do lasu, szukając tam chociaż odrobiny cienia, upatrzyły mnie sobie gzy. Krążyły jak pijane, nie reagując kompletnie na próby ich odstraszenia. Niczym sępy, czekające aż w końcu padnę z wycieńczenia i będzie mnie można w końcu spokojnie konsumować. Kiedy już się od nich opędziłem, spostrzegłem że jestem z powrotem na polu, na którym obowiązuje mnie koleżeńska umowa podziału łupów. Wędrując przez ten teren, zupełnie nieoczekiwanie wpadłem na rozwiązanie problemu, które wydało mi się tak oczywiste, że aż zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem słońce zbyt mocno nie grzeje w moją głowę. Mogę przecież wykupić połowę znalezionego meteorytu i w ten sposób zachować go w całości. Eureka! 

Tego dnia znalazłem jeszcze kilka kamyków, których nie miałem sumienia wyrzucać. Żaden z nich nie był takim pewniakiem jak ten mały rudo-czarny, ale jednocześnie wszystkie miały właściwe ID i reagowały na magnes. Ewidentnie kwalifikowały się do oczyszczenia i dokładniejszego zbadania. Kierując się w stronę auta, czułem już spore zmęczenie materiału więc robiłem częstsze przerwy, podczas których przeglądałem swoje znaleziska. Kamyki nieco przeschły, zgubiły resztki ziemi i zmieniły barwę na jaśniejszą. Maluch z “regmagliptami” zrobił się niesatysfakcjonująco szaro-beżowy a inne buro-kremowe. Raczej nie tak wyglądają groszki pułtuskie. Dawałem im jakieś dwa, maksymalnie pięć, procent szansy na to, że jednak coś z tego będzie. Jedynie ten rudo-czarny cały czas czarował mnie swoim podobieństwem do meteorytów. Jemu z kolei dawałem solidne osiemdziesiąt albo nawet dziewięćdziesiąt procent prawdopodobieństwa na to, że pochodzi z kosmosu. Byłoby super. Zobaczymy.

Słońce przestało w końcu dominować na horyzoncie i zmieniło barwę na cieplejszą a powietrze zrobiło się jakby lżejsze i bardziej znośne. Było jeszcze widno, ale nie miałem już wody i prowiantu, ani też siły na dalsze poszukiwania. Mimo to wracałem do domu usatysfakcjonowany. Prawdopodobnie wiozę ze sobą mały kosmiczny okruch, którego tak długo szukałem.

2 przemyślenia nt. „Stary las pod Wielgolasem”

  1. Paweł mówi:

    Ten ostatni wygląda bardzo obiecująco ale sprawdzilbym także tą kulkę.

    1. Konrad mówi:

      W kolejnym rozdziale będzie kontynuacja tego wątku, natomiast już teraz mogę zdradzić, że kulka, po zeszlifowaniu skorupki, okazała się mieć metaliczne wnętrze czyli meteorytem na pewno nie jest.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *