Rozdział VI

Nadnarwiańskie łąki

Nieoczekiwanie napisał do mnie Astrokosmo, z propozycją wspólnego wypadu do północnej części elipsy pułtuskiej. Co prawda umawialiśmy się już wcześniej, ale jakoś nigdy nie było nam po drodze. Głównie z tego względu, że Janusz, jako zaprawiony poszukiwacz meteorytów pułtuskich, koncentruje się na większych okazach, które spadły na północ od Narwii. Ja z kolei, wychodząc z założenia, że w zupełności zadowoli mnie każdy, nawet najmniejszy meteoryt, obrałem za cel południową część, gdzie znalezienie takiego okazu wydało mi się prostsze. Wszak to właśnie tam spadło więcej kawałków, chociaż mniejszych. Tym razem jednak miałem aż dwa powody spotkania się z Astrokosmo. Pierwszy był taki, że chciałem w końcu poznać go osobiście, a drugi był związany z rudym kamykiem, który znalazłem w pobliżu Wielgolasu. Rozmawialiśmy o nim online i analizowaliśmy szczegóły widoczne na zdjęciach makro, aż doszliśmy do wniosku, że warto by było, aby Janusz obejrzał go na żywo. To był w sumie impuls. Chociaż średnio pasował mi ten konkretny dzień, to poprzesuwałem nieco inne obowiązki weekendowe, spakowałem wykrywacz, napisałem że się widzimy i ustawiłem budzik na rano.

W sobotni poranek znalazłem się pod sklepem Lewiatan w Szelkowie, gdzie zjawiło się jeszcze kilku meteorytowych pasjonatów, chętnych do obejrzenia mojego znaleziska. Zdania osób, które widziały na żywo nie jeden meteoryt, były podzielone. Od takich opinii, że “raczej nie”, poprzez “fifty fifty”, aż po “raczej tak”. Janusz stwierdził, że jeżeli nie jest to meteoryt, to jest to jeden z najlepszych pseudometeorytów jakie kiedykolwiek widział. Kaioken uporczywie szukał na nim chondr (na meteorycie, nie na Januszu), ale nie mógł się żadnej dopatrzyć. Sławek pokręcił głową na znak dezaprobaty i na chłodno skalkulował, że obiekt jest minimalnie zbyt lekki oraz odrobinę za mało magnetyczny, aby był to Pułtusk. Bez wyraźnego werdyktu skierowano mnie do Pawła z Polskiego Towarzystwa Meteorytowego, którego zresztą, przez zupełny przypadek, poznałem kilka miesięcy wcześniej. Od tamtego czasu miałem go w swoich znajomych na facebooku, ale nie wiedziałem że w środowisku “meteoryciarzy” jest uznawany za jeden z większych autorytetów w zakresie identyfikacji meteorytów.

Otóż kupiłem kiedyś ekspozytor na skamieniałości, który jednak kompletnie mi nie podpasował więc praktycznie nieużywany wystawiłem na sprzedaż na grupach tematycznych. Odezwał się właśnie Paweł, z którym długo ustalaliśmy jakąś sensowną formę wysyłki. Po pierwsze bezpieczną, z racji tego że ekspozytor miał przeszklenie, a po drugie w miarę tanią, bo to nie była specjalnie droga rzecz więc bez sensu byłoby dopłacać nie wiadomo ile za usługę kurierską. Rozmawialiśmy o tym z trzy dni, po czym Paweł zerknął na mój profil, aby sprawdzić skąd jestem i wtedy ku obopólnemu zaskoczeniu i jeszcze większemu rozbawieniu, okazało się, że mieszkamy kompletnie po sąsiedzku. Kurier miałby ubaw gdyby dostał takie zlecenie. Spotkaliśmy się w przeciągu 15 minut, sfinalizowaliśmy transakcję i przy okazji porozmawialiśmy trochę o meteorytach, wymieniając na koniec kontaktami do siebie. Stąd Paweł wziął się w moich znajomych.

No więc za namową kolegów, zdjęcia mojego znaleziska spod starego lasu wysłałem do eksperta – Pawła. Jednocześnie czułem podświadomie, że to i tak nie przyniesie jednoznacznego potwierdzenia. Tak podpowiadały mi poprzednie doświadczenia z moraskimi odłamkami ziemskiego żelaza, które na początku obudziły wyobraźnię, a później przyniosły wielkie rozczarowanie. Nie myliłem się. Paweł odpisał, że nawet jeżeli zobaczy to znalezisko na żywo, to i tak może nie być do końca pewien z racji niewielkich rozmiarów okazu oraz znacznego stopnia zwietrzenia powierzchni. Jego zdaniem jedyna możliwość, aby uzyskać rozstrzygnięcie, to zajrzenie do środka poprzez wykonanie zgładu.

Wyjechaliśmy poza teren zabudowany. Astrokosmo, Kaioken, Szymon i ja. Początkowo napisałem “wyjechaliśmy z miasta”, ale w przypadku Szelkowa nie jest to zbyt trafne określenie, bo Szelków to gmina wiejska. Tak więc wyjechaliśmy poza teren zabudowany i skierowaliśmy się w stronę dzikich wiejskich stepów przemieszanych z obszarami leśnymi. Kiedy skończył się asfalt i wjechaliśmy w kompletne odludzie, za terenówką Astrokosmo uniósł się tuman kurzu i piasku, który spowił jadące za nim auto Marcina. To z kolei spotęgowało efekt, generując podwójną piaszczystą chmurę, która atakowała mój samochód jak rój rozwścieczonych szerszeni. Na końcu jechał Szymon ….na motocyklu. Nie wiem co tam się działo, ale z pewnością było to wyzwanie, bo kiedy dojechał na miejsce, to można było zbierać z niego łopatą. Pewnie rozsądniej by było gdybyśmy wszyscy, tak jak zaproponował Astrokosmo, pojechali jednym samochodem, ale z racji tego że planowaliśmy wracać o różnych porach, to nie bardzo była taka możliwość. Nie miało znaczenia czy jedziemy szybciej czy wolniej, w odstępach dziesięciometrowych czy pięćdziesięciometrowych. Kurz był doszczętnie wszędzie i przywodził na myśl marsjańską burzę piaskową. Doskonałe preludium do poszukiwania kosmicznych okruchów. Żonie o tym nie opowiadałem bo raz, że jechałem tym razem jej autem, które z pięknego głębokiego metalika, zmieniło teraz kolor na bury-matowy. A dwa, że kobiety i tak niespecjalnie rozumieją co może być ciekawego w ubrudzeniu siebie, swojego samochodu, chodzeniu po krzakach czy jeździe po wertepach. [Tutaj małe wyjaśnienie dla mojej Ani, która być może kiedyś to w końcu przeczyta: oczywiście nie jechałem po wertepach. Tam było na tyle równo, że krowy maszerowały na oślep, w tym kurzu i nawet się nie potykały. Na dowód czego dodam, że widziałem świeże placki przez nie zrobione, które oczywiście zręcznie omijałem]. Reasumując, droga była piękna i pachnąca.

Na miejsce dotarliśmy w komplecie, chociaż przez moment musieliśmy działać drużynowo gdyż Szymon zakopał się w tym piachu i musiał robić kilka nawrotów. W komplecie i w dobrych humorach. Trochę dlatego, że w końcu można było rozpocząć główny punkt programu czyli poszukiwania, a trochę też z tego względu że dalsza część drogi przebiegała przez malownicze nadnarwiańskie łąki. Niektóre z nich były dzikie i wysokie, inne równiutko wykoszone, wyglądające jak gigantyczny zielony dywan rozpostarty hektarami pod wielkim lasem. Coraz trudniej było doszukać się zarysu jakiejś polnej drogi, a nasza kawalkada pojazdów przywodziła na myśl bardziej safari niż półgodzinną dojazdówkę na meteorytowe poszukiwania.

Dwa Rutusy i jeden Minelab zostały zmierzone surowym okiem Astrokosmo i przygotowane przez niego do poszukiwań jak karabiny do wojny. Kompletnie nikt, choćby nie wiem jak był doświadczony, nie uniknął skorygowania ustawień wykrywacza i otrzymania wartościowych porad co do szukania w tym terenie. Zrobiło to na mnie niezwykle pozytywne wrażenie, bo powiedzmy sobie szczerze, każdy z nas przyjechał tutaj szukać meteorytów, a nie niańczyć pozostałych uczestników wyprawy. Tymczasem Janusz nie zaczął szukania dopóki nie upewnił się, że wszyscy dojechali na miejsce, mają odpowiednio ustawiony sprzęt, wiedzą gdzie i jak mają szukać. Dopiero wtedy sam złapał swój wykrywacz i ruszył na poszukiwanie kolejnego szczęścia.

Szukanie na północ od Narwii jest zupełnie inne niż na południu. W okolicach Wielgolasu miałem sygnał od kamienia magnetycznego praktycznie co trzy kroki. Było to trochę frustrujące, ale z drugiej strony powodowało że nieustannie coś się działo. Nigdy nie było wiadomo czy za chwilę kolejny magnetyk nie okaże się małym meteorytem, których w tamtej części elipsy spadło więcej niż na północy. Tutaj z kolei kamieni magnetycznych nie ma prawie wcale więc wykrywacz pozostaje wyciszony przez długi czas. Wręcz momentami ma się ochotę sprawdzić czy wszystko dobrze działa bo brak jednoznacznych i wyraźnych sygnałów zdaje się być nienaturalny. Powiem szczerze, jeżeli ktoś nie czuje satysfakcji z delektowania się wszechobecną ciszą i podziwiania otaczającej go natury, to szybko by się tutaj zanudził na śmierć. Emocje pewnie jak na rybach, gdzie jedno branie jest raz na pół godziny. Osobiście nie łowię, ale wydaje mi się że oba te hobby mają wiele podobieństw. Cisza, spokój, kontemplacja i nadzieja na złowienie lub wykopanie czegoś ciekawego. Jednocześnie nawet kiedy nie ma wyniku, to człowiek wraca zrelaksowany, bo w tym wszystkim chodzi nie tylko o znalezienie meteorytu czy złowienie suma, ale także (a często może nawet przede wszystkim) o przebywanie blisko natury i delektowanie się jej niepowtarzalnym pięknem. Zresztą widziałem jakieś namioty po drugiej stronie rzeki i chyba wędkarzy obok nich. Daleko ode mnie więc nie jestem pewien czy na pewno byli to wędkarze. Bez względu na to kto to był i co dokładnie tam robił, to z pewnością również czerpał radość z patrzenia na otwartą przestrzeń i wszechobecną zieleń oraz z oddychania tym dzikim powietrzem. 

W pewnym momencie wytrącił mnie z tych rozmyślań wyraźny meteorytowy sygnał. Przesunąłem sondą nad ziemią, aby upewnić się czy nie było to jedynie fałszywe wzbudzenie wykrywacza, ale w tym samym miejscu pojawił się sygnał jeszcze wyraźniejszy. Krótki, ostry i z właściwą identyfikacją na poziomie -81 więc idealnie w punkt. Taką właśnie numerację mają ustawioną na moim Atrexie chondryty typu H5, do których należy meteoryt pułtuski.

– Hmm, teren wolny od kamieni magnetycznych i po raz pierwszy wyraźny, mocny sygnał – to może być to! – pomyślałem.

W takich momentach w żyłach zaczyna krążyć adrenalina, a serce bije szybciej. Kilka ruchów szpadlem i na powierzchni ukazuje się ruda bryła o wymiarach mniej więcej 8×15 centymetrów. Jednak coś mi nie grało już na starcie, zanim wytarłem ją z ziemi. Okaz trochę za duży jak na meteoryty, które spadały na tym obszarze, bez charakterystycznych regmagliptów i ogólnie jakiś taki brązowy, zamiast rdzawo-rudy. Przeczyściłem go lekko szczotką i niestety – okazało się, że jest to rzadki tutaj, ale jednak występujący gdzieniegdzie, kamień magnetyczny. Teraz zdradzał swoje ziemskie pochodzenie już nie tylko kształtem i kolorem, ale też widocznymi beżowymi żyłami mineralnymi na powierzchni.

Tego dnia słońce wyraźnie dawało się we znaki. Gdyby nie lekki wiatr, który dmuchał od strony południowo-zachodnie, to upał byłby trudny do zniesienia. Idealny środek lata. Łąka kwitnąca tu i ówdzie kolorową mieszanką przeróżnych polnych kwiatów i grająca dźwiękami świerszczy oraz innych owadów zapylających kwiaty. Blisko 150 lat temu niebo przeszyły tutaj kosmiczne skały, które ze świstem i ogromną prędkością rozsypały się po okolicy. Przemieszczały się tak jak dzisiejszy wiatr – z południowego zachodu na północny wschód. Być może jedna z nich leży przede mną, zakopana jakieś 20 centymetrów pod ziemią i może za chwilę mój wykrywacz ją zasygnalizuje. Jeżeli tylko tam jest. A może ten kawałek znaleziony pod Wielgolasem, który mam właśnie w kieszeni, jest meteorytem? Trzeba go będzie rozciąć i się przekonać. Przy czym jeżeli faktycznie jest to meteoryt, to straszna szkoda go ciąć. Jednocześnie jeżeli nie przetnę, to się nie przekonam. Trochę patowa sytuacja, ale chyba jednak zdecyduję się na cięcie.

Po kilku godzinach poczułem pierwsze oznaki zmęczenia materiału. Zerknąłem na mojego smartwatcha, który oprócz aktualnej godziny wyświetlił ponad 18 tys. zrobionych dzisiaj kroków. Pomyślałem sobie, że to sporo i dokładnie w tym samym momencie, to samo pomyślały moje nogi, a za chwilę też plecy. Poziom motywacji spadł na niebezpiecznie niski poziom. Zmierzyłem wzrokiem nasze auta, stojące kilometr dalej i usiadłem na trawie, żeby chwilę odpocząć. Wczoraj o tej porze byłem w pracy, w centrum Warszawy. Wśród ludzi, komputerów i w zgiełku miasta. Teraz siedzę po środku wielkiej łąki, a w promieniu kilometra nie ma żywej duszy. Nie mam pod ręką ekspresu do kawy, ani sklepu do którego mógłbym wyskoczyć po Snickersa. Cisza jak makiem zasiał. Jedyne moje towarzystwo to bzyg, który właśnie przysiadł na moim kolanie. Niesamowite. Chociaż jeśli zastanowić się głębiej, to przecież jeszcze nie tak dawno, w ten właśnie sposób mijał ludziom czas. Dzień spędzony na łonie natury był dla nich zupełnie zwyczajnym. Ba! Jestem przekonany, że w różnych częściach świata, w dostatecznej oddali od wielkomiejskiego gwaru, nadal tak właśnie toczy się życie.

Moje myśli niespiesznie płynęły swoim rytmem, bzygi i świerszcze grały nieustannie ten sam koncert, a wykrywacz muskał źdźbła trawy. Jeden z dźwięków, który dotarł do moich uszu był równie subtelny jak dźwięk tła więc kompletnie od niechcenia zrobiłem krok w tył i machnąłem w tym miejscu ponownie. Tym razem sygnalizacja okazała się zaskakująco wyraźna, a przesunięcie sondy kilkanaście centymetrów dalej pozwoliło namierzyć obiekt, który wręcz krzyczał, że mam go wykopać. Wsunąłem szpadel w ziemię i znowu przyszły mi do głowy te same natarczywe myśli: 

– Jestem w elipsie spadku, jest tu mało kamieni magnetycznych a mój wykrywacz wyraźnie sygnalizuje obiekt o charakterystyce meteorytu pułtuskiego! – pomyślałem.

Zaaferowany tą sytuacją, poprowadziłem szpadel niezbyt ostrożnie i usłyszałem chrzęst metalu stykającego się z jakimś twardym przedmiotem. Wyobrażając sobie, że jest to meteoryt, prawie poczułem to na własnej skórze. Ałć! Kolejne ruchy szpadlem były już bardziej precyzyjne i po chwili dostrzegłem w dołku obły obiekt o ceglanym kolorze, zalegający na głębokości ok. 20 cm. Mój wyobrażeniowy wskaźnik prawdopodobieństwa, że oto właśnie znalazłem meteoryt, wjechał nagle na jakieś 80%. Po czym wskaźnik szybko opadł na 10%, kiedy zorientowałem się gdzie to coś się zaczyna a gdzie kończy. Kamień, chociaż z wierzchu wyglądał nadziejnie, to miał co najmniej 25 cm długości. A to praktycznie doszczętnie go dyskwalifikowało jako kandydata do kolejnego etapu kosmicznego castingu. Rejon elipsy w którym się znajdowałem, charakteryzuje się znaleziskami o masie kilkuset gramów. Takie meteoryty mają zazwyczaj kilka a maksymalnie jakieś dziesięć centymetrów średnicy. Znalezienie tak dużego okazu w tym miejscu byłoby więc ewenementem. No cóż, dla pewności wydobyłem go na powierzchnię i tutaj wskaźnik prawdopodobieństwa zjechał już na 0%. Był to kolejny kamień magnetyczny.

W ramach tego wypadu ani ja, ani Marcin i Szymon, nie mieliśmy szczęścia. Chociaż przeszukaliśmy dobre kilka hektarów łąki, to natrafiliśmy jedynie na kilka kamieni magnetycznych i kawałków rudy. Jednak na koniec dnia wydarzyło się coś, co wprawiło nas wszystkich w osłupienie. Astrokosmo znalazł kolejny w swojej poszukiwawczej karierze meteoryt pułtuski. Trudno opisać emocje z tym związane. Z jednej strony czułem, że było tak blisko i równie dobrze mogło to być moje znalezisko. Z drugiej Janusz zasłużył na to jak nikt inny. Swoim uporem, cierpliwością, systematycznością i dokładnością oraz tysiącem godzin spędzonych w terenie. A także szacunkiem do tego hobby i życzliwym podejściem do innych. Myślę, że to zrządzenie losu było sprawiedliwe i pouczające, a ja po prostu muszę szukać dalej. Wszystko wskazuje na to, że jestem na dobrej drodze i coraz bliżej. 

Zanim jednak przyjadę pod Pułtusk kolejny raz, czas na małą odskocznię, w ramach których odwiedzę równie ciekawe miejsce, będące niemym świadkiem innej, dużo potężniejszej kosmicznej kolizji sprzed milionów lat.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *